Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2023

ludzie

Depresja to taka choroba, która na ludzi zamyka. Odebranie telefonu to Himalaje. Na SMS odpowiada się monosylabami. Ale to choroba, w której okazało się (u mnie przynajmniej), że mam wokół siebie wspaniałych ludzi. Zawsze dużo czasu poświęcałam relacjom, pielęgnowałam, dbałam, łowiłam, głaskałam.  Kiedy przestaje się pić, następuje proces negacji dawnego życia. Nadmierna towarzyskość, otwarty dom, niekończące się imprezy - to już nie ja, nowa Marta nie chce o tym pamiętać. Po czym gdy pojawia się depresja, zderzenie z najciemniejszą stroną, prawdziwi przyjaciele nie znikają, z jakichś powodów dalej się mną interesują, jestem dla nich ważna. Nie wiem, jakie to powody, bo myślę o sobie najgorzej. Próbują mnie dźwignąć, chwycić za rękę i mówią: kochamy Cię, Marta, nawet jak jesteś smutna, martwimy się o Ciebie. I choć w tej ciemnej dupie, nie ma odwagi na przyjęcie pomocy, to potem, gdy już zaczyna powoli ustępować mrok, wyłania się światło i nadzieja, że jednak coś we mnie jest dobre...

kobieta osobna i miasto

Nie miałam w ostatnich miesiącach opcji się skupić. Nie szło czytanie. Zresztą nic nie szło tak naprawdę. Osiągnęłam tu w Szwecji wreszcie jakąś równowagę, spokój, ale i chęci do robienia rzeczy małych i wielkich (za wielkie poczytuje wczorajsze wykonanie 90 długości na basenie).  I też, umówmy się, nie pierwszy to raz, kiedy po prostu nie mogę czytać. Kiedyś się tym przejmowałam - teraz nie muszę, bo wiem, że to wraca. No i wróciło za sprawą Vivien Gornick i jej międzygatunkowej książki "Kobieta osobna i miasto". Namówiła mnie O, wysyłając sporo fragmentów, które po prostu kipiały mądrością. Gornick pierwszą książkę napisała po 50, więc trochę już przeżyła.  Pisze pięknie tak, że w ramach namowy i rekomendacji zamieszczę tu kilka fragmentów: "Idziemy do łóżka z fantazjami, a budzimy się z rzeczywistością". "Udana rozmowa to nie kwestia wspólnych zainteresowań, względów klasowych czy wyznawanych ideałów, lecz temperamentu: tego, co sprawia, że człowiek instynkt...

północ - kraina wnętrza

Obraz
W liceum napisałam esej o różnicach kulturowych między mieszkańcami północy Europy a południa. Przemyślenia miałam wtedy  nieco oczywiste (choć przypominam, że nadal jako nastolatka jestem w liceum). Na południu ludzie są otwarci, cieszący się każdym dniem i chwilą, celebrujący jedzenie, kontaktowi, a na północy - jedzący proste posiłki, smutni socjopaci z wysokim wskaźnikiem samobójstw. Właściwie pewnie nadal pozostaje to trochę aktualne. Ale w międzyczasie Duńczycy wylansowali swoje hygge ( oznaczające komfort, wygodę, przytulność , używane jako określenie osiągnięcia wewnętrznej równowagi, bezpieczeństwa i szczęścia ) ,  Norwegowie hvile (odpoczywać) , a Szwedzi lagom (ciekawostka - szwedzkie lagom wzięło się od Wikingów, którzy pijąc ze wspólnego puchara mieli wypić "w sam raz" czyli "lagom"). Rok temu M przeprowadził się do Goteborga, najbardziej deszczowego miasta w Szwecji. Fajnie, że w jakiejś kategorii Naj. Ale też miasta, które sąsiaduje w przepięknym ...

zimowy chłód i mrok

Urodziłam się w Gdyni i tu mieszkam. Były lata, kiedy przeprowadziłam się z rodzicami do Rumi, ale to i tak nie zmieniało faktu, że mieszkam od zawsze na północy Polski, nad zimnym bałtyckim morzem. Tu od listopada robi się szaro i deszczowo. Słońce gdzieś się chowa i wraca dopiero w marcu. I jak to dziś skonstatowałyśmy z K kiedyś nie miało dla nas to znaczenia, dziś - jest energetyczną padaką. Chyba że można spojrzeć na to z innej strony. Szczególnie chyba, kiedy poszukuje się wyjścia z depresji. A tego szukam właśnie ja. To czas na herbatę, zadumę, książkę, wieczorne scrabble. Ale i wyjście na basen, spacer w tej szarzyźnie i akceptację smutku. Akceptację spadku energetycznego.  Ostatnio w mądrym podkaście, którego wielką fanką jestem ( https://niedzwiecka.net/ ) padło, że kiedyś, kiedy żyliśmy w zgodzie z naturą, to ten czas (późna jesień i zima) był momentem zjadania zapasów, palenia w piecu, zakopywania się pod pierzyną i co najwyżej zajmowania się zwierzętami gospodarskim. T...

fal nie ma fal nie ma fal nie ma faaal

Dziś miałam piękny sen. Na plaży w Gdyni było ciepło. Z falochronu obserwować można było idealne fale w równym rozkołysie przy zerowym wietrze.  Sen wziął się chyba z tego, że wczoraj aplikacja Windy (teraz to już nie wiem, czy polecam czy nie, bo jednak Windy kłamie) pokazywała dwumetrowe fale przy Bulwarze. Cały dzień o nich myślałam i tak się pewnie nakręciłam, że aż mi się przyśniły. Wizualizowałam sobie, jak spienione bałwany przebijać się  będą przez opaskę bulwaru. Kwintesencja żywiołu. Naopowiadałam O, że koniecznie musi iść to zobaczyć. Atrakcja byłaby to przecież nie lada, bo od dawna w aurze przeważa błoto, szarość i wilgoć.  Zaglądałam dziś nad morze kilkakrotnie, niestety nie ma fal.  Ale przypomniałam sobie zeszłoroczny rejs Steną z M. Mój pierwszy w życiu, o dziwo. Jak na taką powsinogę to dość późno się to wydarzyło. Stena jest trochę jak czteropiętrowy blok z wielkiej płyty, z tym że pływający. Mieliśmy wtedy jakąś super VIP kajutę, bo i z VIP person...

ziarnko do ziarnka

Pierwsze dwa tygodnie na pigułkach szczęścia poskutkowały jeszcze gorszym nastrojem. Naprawdę nie wiedziałam, że można się tak źle czuć, tak bardzo tkwić w niemocy, smutku, bezradności i lęku. Ten koktajl emocji jest naprawdę gruby. Odczuwam go nie tylko w myślach, ale i bardzo w ciele. Ból tli się w sercu i klatce piersiowej, czasem pulsuje delikatnie, czasem rozpiera bardzo mocno. Ponoć pomagają ćwiczenia oddechowe, ale chwilowo dam szansę pigułkom.  Nie wszystko na raz.  Metodą małych kroczków.  Inhabitatory zwrotne serotoniny działały na mnie z początku,jak zjazd po pigule, a fizycznie zalewały ciepłem, jak to, które po pigule jest wyczuwalne. Zimny pot, który nawet w stanie euforii po MDMa, wzbudza pewien niepokój.  Dwa tygodnie - tyle czekałam na poprawę. I co teraz? Staram się powrócić do planu dnia, choć nadal zdarza mi się zjeść śniadanie o 16.00, mimo że wstałam o 7.00. Przy czym doświadczyłam już radości ze zjedzenia figi na ciepło z miodem i kozim serem, ...

złoty środek

Kto złoty sobie upodobał umiar, ten się uchroni przed nikczemną nędzą i przed zawiścią, która zawsze ściga bogate dwory. Hor. Carm . II.10,5-8; tłum. Andrzej Lam    Złoty środek czasem jest jak święty Graal. Dość nieuchwytny. Nie będę pisać o tym, co robi z nami cywilizacja mediów społecznościowych, bo to dość oczywista oczywistość. Napiszę ze swojej perspektywy, bo w sumie z jakiej innej, przecież nie naukowej.  Wróćmy więc do środka. Z nim powiązany jest spokój, stabilizacja, zdrowie, a co za tym idzie zgoda ze sobą, a więc i poczucie szczęścia. Tego wewnętrznego, nie tego czerpanego od innych.  Ostatnie lata to dla mnie masa fajerwerków. Różnorodnych. Trochę gonienie króliczka. Mnóstwo podróży (żadnej nie żałuję i za wszystkie jestem wdzięczna), tabuny ludzi wokół (wszystkim za obecność dziękuję), wiele przyjemności i tzw hype'u. Wszystkiemu temu towarzyszył alkohol. Mój nieodłączny od lat przyjaciel. Regulator nastrojów i emocji, wyzwalacz radości i zabijacz...

świat instant

Wszystko jest dziś instant, nie tylko zupki. Łukasz Jakóbiak zapozna nas z Bogiem w czasie jednego spotkania. Możemy pojechać na weekend jedności ciała i duszy i za te kilka tysięcy złotych z widokiem na las przed wielkie szklane okno doznać oświecenia. Narodzić się na nowo.  Dziś terapeutą może być każdy, bo zawód nie ma formalnych ograniczeń.  Jeśli nie mamy takich środków, są zawsze pigułki instant - doraźne rozweselacze różnej kategorii. Alkohol, xannax, mdma, joint - po uważaniu.  Po 9 miesiącach niepicia alkoholu, po 8 miesiącach terapii stwierdzam, że nie ma rozwiązań instant. Można dużo rzeczy racjonalizować, ale trzeba dużo czasu, żeby je przepracować i utrwalić.  Terapię zaczynałam z bananem na twarzy. W tej chwili zupełnie nie wiem, dokąd zmierzam i jaka jest moja droga. Ale idę, mimo przeciwności losu i mimo tego, co sobie i innym zafundowałam. Chcę być lepszym człowiekiem, najpierw dla siebie i potem dla innych.