fal nie ma fal nie ma fal nie ma faaal
Dziś miałam piękny sen. Na plaży w Gdyni było ciepło. Z falochronu obserwować można było idealne fale w równym rozkołysie przy zerowym wietrze.
Sen wziął się chyba z tego, że wczoraj aplikacja Windy (teraz to już nie wiem, czy polecam czy nie, bo jednak Windy kłamie) pokazywała dwumetrowe fale przy Bulwarze. Cały dzień o nich myślałam i tak się pewnie nakręciłam, że aż mi się przyśniły. Wizualizowałam sobie, jak spienione bałwany przebijać się będą przez opaskę bulwaru. Kwintesencja żywiołu. Naopowiadałam O, że koniecznie musi iść to zobaczyć. Atrakcja byłaby to przecież nie lada, bo od dawna w aurze przeważa błoto, szarość i wilgoć.
Zaglądałam dziś nad morze kilkakrotnie, niestety nie ma fal.
Ale przypomniałam sobie zeszłoroczny rejs Steną z M. Mój pierwszy w życiu, o dziwo. Jak na taką powsinogę to dość późno się to wydarzyło. Stena jest trochę jak czteropiętrowy blok z wielkiej płyty, z tym że pływający. Mieliśmy wtedy jakąś super VIP kajutę, bo i z VIP personą płynęłam. Fale dosięgały niemalże okien najwyższego piętra. Błędnik wariował, bo nawet stenowski blok nieco się bujał. Kiedy rano wpływaliśmy do Karlskrony na morzu nie było już śladu tego silnego sztormu.
No i tak sobie myślałam o śnie i falach. Że dużo rzeczywiście jest podobieństwa między żywiołami przyrody i emocjami, zarówno w intensywności jak i barwie. Osąd w dużych emocjach bywa bardzo trudny, zupełnie jak opanowanie jachtu przy mocnym wietrze i wzburzonym stanie morza. Płynąć jednak trzeba bez względu na warunki. Navigare necesse est.
Komentarze
Prześlij komentarz