Jan i Maria - pradziadkowie
Pomyślałam sobie, że fajnie będzie czasem napisać tu też coś innego niż wewnętrzne rozkminy.
Kiedy przejeżdżam koło Konwaliowej o poranku, słońce rozświetla wieżowce z wielkiej płyty. Z dzieciństwa pamiętam sklep spożywczy Społem i ekspedientkę z wąsem. Pamiętam też jedyną zabawkę, którą miałam u pradziadków - kolorowe memory - grałam i słuchałam rozmów babci i mamy, niewiele jeszcze z nich rozumiejąc.
Maria i Jan Nowaccy długo czekali na upragnione M3 ze ślepą kuchnią. Ciasne, ale własne, choć spółdzielcze. I mimo że Jan w lokalnych strukturach PZPR był bardzo ideowo zaangażowany, to nie przyspieszyło to ani otrzymania mieszkania, ani nie wpłynęło na metraż. Może właśnie przez ideę. Ponoć dziadek miał być rozstrzelany po wojnie jak Gruna za swoją działalność w PPR. Dziś prawdy się nie dowiemy, bo jedyne świadectwo mogłaby nieść Babcia Jadwiga, jego jedyna córka, a moja jedyna żyjąca babcia. Niestety - niewiarygodna od zawsze.
Jan komunizmem zaraził się w Belgii na robotach, dokąd wyjechał z rodzinnego Gniezna. Do Gdyni przyciągnęła go wizja nowoczesnego miasta oraz przedwojenne socjalistyczne nastroje. Pamiętam jego magiczny wygląd - długą siwą brodę, fajkę między zębami i tatuaże - kotwicę i gołą babę - klasyk bosmański.
Jan nie dożył wizyty papieża w 87, a pontyfikat od zawsze miał w dupie. Odszedł w 84 w szpitalu w Redłowie, nie zdążył wypić Coca-Coli, którą przyniosła mu Bożena - jego ukochana wnuczka.
W dużym pokoju na Konwaliowej był fotel. Po śmieci dziadka babcia nikomu nie pozwalała na nim siedzieć, bo to fotel Janka.
Komentarze
Prześlij komentarz