rocznica
12 marca, urodziny Lewka, data dla mnie od roku jeszcze bardziej znamienna. Kiedy Lewek skończył dwa lata upiłam się po raz ostatni. Właśnie w niedzielę minęła rocznica mojego niepicia.
Picie w kontekście społecznym jest zawsze relatywizowane. No bo przecież nie kupowałam małpek w Żabce, przecież nie piłam z rana, przecież nie piłam codziennie, przecież nie piłam w ciągach. A jednak bez alkoholu jest mi lepiej. Dlaczego? Bo z alkoholem było mi już źle. Piłam co dwa trzy dni. Czemu? Bo następnego dnia po upiciu czułam się fatalnie - byłam nerwowa, nie miałam energii do życia. To samopoczucie odbijało się na moich bliskich. Jest mi wstyd, jak pomyślę o nerwach przeplatanych z apatią. Jest mi wstyd, że dzieci musiały patrzeć na pijaną mamę. Jest mi wstyd, że po pijaku mieszały mi się słowa. Nie lubię już swojej poalkoholowej odwagi. Lubię swój trzeźwy środek. I dobrze mi z trzeźwą Martą i nie mam poczucia żadnej bolesnej straty.
Często znajomi pytają, czy ludzie się ode mnie odwrócili. Mam wrażenie, że choć niektóre relacje związane z melanżem odeszły, to jednak nie czuję żadnej straty. Core jest corem, a lifestyle się zmienił na inny - myślę, że w efekcie ciekawszy i bardziej wzbogacający. I dla jasności, te relacje, co ich już nie ma, pewnie fajne były na tamten czas. I nie odrzucam już Marty z melanżowego okresu, ten czas też był potrzebny. Ale jest coś, co znacząco się zmieniło, alkohol nie reguluje już moich emocji. Teraz mogę z nimi stanąć twarzą w twarz, co nie jest łatwe, ale na pewno wzbogaca.
Komentarze
Prześlij komentarz