spuścizna czy bycie
Wczoraj na moim cotygodniowym klubie filmowym wzięliśmy na warsztat prześwietny film "Duchy Inisherin". Obraz doskonały pod każdym względem - reżysersko, aktorsko i produkcyjnie.
Martin McDonagh zrobił film, jaki kocham - kameralny i tragikomiczny, z kapitalnymi dialogami i wspaniałym wachlarzem postaci.
Cytat, który tu wrzuciłam, rozpoczyna powieść Annie Ernaux, tegorocznej noblistki, pod tytułem "Lata".
Czemu łączę akurat te dwie rzeczy? Bo uczę się bycia tu i teraz, uczę się odczytywać emocje i uczucia. Nie tylko te od lat dobrze znane - radość, entuzjazm, ale i te niedawno dopuszczone do głosu - smutek, złość, rozpacz, żałobę. Niedawno J powiedziała do mnie, że ja to zawsze lubiłam się otaczać ludźmi sukcesu. Pewnie i coś było na rzeczy. Pytanie jednak o definicję sukcesu, co to w ogóle jest? I w duchach Inisherin spierają się dwa głosy: prostolinijnego Pádraica (znakomity Colin Farrel), który nie może pojąć straty przyjaciela, zrywającego z nim relację z dnia na dzień i Colma (równie świetny Brandan Gleeson) - chcącego pozostawić po sobie spuściznę muzyczną z nadzieją, że dzięki temu przetrwa dłużej. I zastanawia mnie bardzo, co poza chęcią podtrzymania gatunku (uwarunkowaną biologicznie) tak bardzo skłania człowieka do tego, żeby coś po sobie zostawić. Przecież można tu po prostu być i tym się cieszyć, każdego dnia. I z tej perspektywy patrząc, naprawdę jesteśmy tylko ziarenkiem piasku, nic nie znaczącym dla wszechświata. I coraz bardziej wiem, że mamy tylko swoją drogę, bo mamy tylko siebie albo i niejednokrotnie aż siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz