o wyborze
Za miesiąc kończę 43 lata. Nie narzekam, że mam tyle lat, ile mam. Po pierwsze, nie mam wpływu na upływający czas, po drugie, od zawsze czuję się młoda duchem, po trzecie, fajnie mieć już zebrane te wszystkie życiowe doświadczenia, by dojść do jakichś wniosków i znaleźć swoją drogę.
Spotkałam się ostatnio z M, przyjaciółką od ponad 20 lat. Nie widujemy się często, ale zawsze wiemy, że możemy na siebie liczyć. Wspaniałe są takie relacje, kiedy wiesz, że jak wszystko jebnie, to jest ktoś, kto Cię wysłucha. Usiadłyśmy w Cyganerii i ja zaczęłam tak: dobra, bez tych smalltalków - robimy rzeczowy update ostatnich kilku miesięcy. Opowiedziałyśmy sobie, co u nas, ale i opowiedziałyśmy sobie, jak teraz patrzymy na życie. Kiedy wspomniałam M. o tym, że tak mnie cieszy ta możliwość wyboru, powiedziała, że to przecież kwintesencja chrześcijaństwa. Być może. Nie ma to w sumie wielkiego znaczenia, bo chyba świadomość tego, że nasza droga zależy od nas, a rzeczy, na które wpływu nie mamy od nas nie zależą, jest chyba filarem wielu religii i filozofii. Nie będę się nad tym zagłębiać, bo się nie znam i nie to jest sednem tego wpisu.
Niby to takie oczywiste, że mamy wybór. Jednak od wiedzy do świadomości jest daleka droga (nie pamiętam, kogo ja tu cytuję, dla jasności, S wie ). No i ta właśnie tu potrzebny jest moment zatrzymania. Dla mnie to chwila, którą jeszcze za każdym razem muszę wypracowywać. O co chodzi? Na przykład temat dotyczy (sorry za łopatologię, ale jakieś ładne uogólnienia nie przychodzą mi do głowy) wyjścia na imprezę. Mój mechanizm jest taki: ooo, ktoś mnie zaprosił, oczekuje, że przyjdę, ooo, nie mam, z kim zostawić dzieci, ooo, trzeba załatwić opiekę, dopiero potem dociera do mnie pytanie zasadnicze: czy ja chcę tam iść? czy to jest mój pomysł na spędzenie piątku? czy może wolałabym spotkać się z tą osobą F2F. I myślę, że to jest pytanie, które powinno pojawić się jako pierwsze. Nad tym właśnie sobie pracuję, chcę wiedzieć i mieć świadomość wyboru.
Komentarze
Prześlij komentarz